krew, moja krew.
Raczej mocne wejście w Nowy Rok, takie z solidnym hukiem, balansujące niejako niczym dobry surfer na fali zaskoczenia.
Strzał pistoletem prosto w serce o działaniu podobnym do uderzenia butelką szampana w głowę, chwila, dosłownie moment, ogłupienia, względnej wiedzy - niewiedzy, po którym na umysł spływa niezwykła jasność.
Wyostrzają się zmysły, pracują receptory, iskrzą tęczówki, mózg na chwilę zwalnia, pozwalając sercu pracować częściej niż dotychczas na stanowisku lidera.
Niewidzialna dłoń pompuje krew na obwód, a krew obija się o ściany tętnic i żył, pędzi jak konie w westernie, erytrocyty szaleją, nie wyrabiając na zakrętach, fala gorąca. Za szybko, to o wiele za szybko!
Nie ma "za szybko".
Jest albo "tak" albo "nie", czasem wiadome już od pierwszej chwili.
Czuję się mądrzejsza, więdząc taką rzecz.
To Ty, mój barwnik, barwnik krwi.
Upłynniam się i rozpływam, pływam i wypływam, ostatnio dużo ze Stingiem pływamy, taki zimowy come back, jak to z muzycznymi moimi miłościami bywa.
I, o ironio, podoba mi się zespół The Mars Volta.
zgrzyt-w-zawiasach 2010-01-12 17:50:57 skomentuj (1)
jestem lepsza niż bułka z masłem.
Wchodzę do tego samego pokoju, drewniane krzesło, ciepły kolor ścian, znajomy zapach, wbijający się w nozdrza niczym kolejna dawka kokainy.
Z gramofonu leci muzyka, ta płyta, którą lubię - pamiętasz o wszystkim.
Zachodzące słońce wlewa się przez okna, walczy z zasłonami, dociera na moje włosy, mieniąc je trochę ni to na rudo, ni to na brązowo.
Kładziesz mi rękę na ramieniu, jest tak zwyczajnie, tak cudownie zwyczajnie.
Odwracam głowę, chcę Cię pocałować, jednak widzę obcą twarz, to nie Ty, to przecież nie Ty!
Zwariuję, wybiegam z mieszkania, przecież niemożliwy jest dysonans między mózgiem a sercem, między prawdą a fikcją, nie teraz, nie tu!
Niemożliwy.
Niemożliwy?
Tak bardzo chciałam żebyś tam był. Ale stał tam znów człowiek bez twarzy, zmieniający maski wszystkich duchów przeszłości, jednak to nie Ty, to jeszcze nie Ty.
Czekałam na telefon, jednak zadzwoniłeś nie Ty, to znów był On.
Bez sensu, kurwa, to wszystko się kupy nie trzyma.
Czy traktuję to jak zawód? Nie, bardziej jak normę.
Przegrałam bitwę, ale przyrzekam, że wygram wojnę i wrócisz raczej na tarczy. Nie odbiorę, nie ucieknę, wygram.
zgrzyt-w-zawiasach 2009-12-05 02:30:26 skomentuj (7)
wojownik z Tekkena.
Nie planuję, nie rozważam.
Zimowa harmonia osiągnięta. Męski ród jak zwykle pozostaje dla mnie jednym wielkim działem science - fiction, każdy przypadek niesie ze sobą zupełnie odmienne efekty specjalne, a każdy scenariusz jest bardziej kropnięty od wcześniejszego, więc doszłam do wniosku - niech to stoi w tej formie dalej, póki co jest mi z tym całkiem ok. Nie zamierzam tego ruszać, nie mam chyba na to w tym momencie czasu, zresztą, i bez mojego ruszania non stop coś się dzieje, i to zawsze na innym froncie (przecież na tym samym by się nie liczyło, a poza tym byłoby zbyt przewidywalne!)
Jestem już po usunięciu drugiej ósemki i w trakcie dnia trzeciego "po". W sumie to chyba dobrze, że zostałam w chomikowym stanie w domu, bo dzisiaj tekst mojej siostry oddał całokształt:
"Marta, wyglądasz jak wojownik z Tekkena".
No fakt, w moim samurajskim kitku i z walecznym wyrazem opuchniętej twarzy, to na pewno wyglądam jak z Tekkena.
Wreszcie znalazłam czas na rzeczy z działu "zaniedbane". Gitara, francuski, książka.
Wyszłam też z dziupli, w końcu Mikołaj kazał, nie wypadało na dłuższą metę się kłócić, skoro w sumie miał rację.
Jakoś tak po tych wszystkich ostatnich burzach, "rzucaniach się" i napadach, odzyskałam spokój.
I jakoś tak mi dobrze.
Po prostu dobrze, cholera.
ps: wciąż nie mogę wyjść z podziwu dla kobiety, która obok mnie parę dni temu w autobusie czytała z wypiekami na twarzy kserówki. Po zajrzeniu przez ramię (nie mogłam się oprzeć!), oto co ujrzałam:
"Penis źródłem (...- tu niestety wystąpiło zagięcie strony)"
Podtytuł: "rozmiar ma znaczenie!"
A na następnej stronie :"Piersi - zrób wrażenie!".
No zrób wrażenie.
zgrzyt-w-zawiasach 2009-11-13 23:09:55 skomentuj (3)
ach ten cholerny deszcz.
Miałem kiedyś plan zostawić wszystkich was
Odmienić dziwny los, zbudować sobie raj
Zaczepić myśli gdzieś, gdzie nie dochodzi śmiech
Gdzie żaden ślepy szpieg nie rozszyfruje mnie
Tak trudno kończyć przyjaźń, gdy się myślało, że nic nie jest w stanie jej zmienić.
Tak cholernie trudno kończyć, gdy się tego z całej siły nie chce, ale pragnie się ułatwić coś drugiej osobie.
Tak kurewsko trudno kończyć, gdy się kogoś kocha jako człowieka, bez podtekstów, bez zasad, bez warunków.
Deszcz, zimny deszcz, wokół mnie tylko chromatografia.
Odgradzam się od całego ludzkiego społeczeństwa, warczę, szczerzę kły i gryzę.
Buduję wokół mur z czarnych klocków lego, stwarzam własną przestrzeń, której nikt nie przekroczy, której nikt mi już nie zburzy.
Spajam klocki cementem, żeby nic nie uległo już choćby najmniejszej zmianie.
Nie wstawiam okien, nie wstawiam drzwi, zabudowuję się od środka.
W stworzonej dziupli będę mogła płakać do woli, będę mogła mieć krwotok zewnętrzny złożony z natłoku myśli i nie będę musiała się przed nikim już ujawniać. Może też nie będzie takich zawodów w tej dziupli, więc może i będzie w miarę spokojnie.
Przypomina mi się końcówka starego kawału pod tytułem: urzędnik patrząc w dokumenty kobiety pyta:
-r jak rozwiedziona?
-nie, jak rozczarowana.
Rozczarowana.
Wieloma osobami jestem rozczarowana, zbyt wieloma, by zmieścić je w granicy błędu.
Dziś przesiedzę w tej kwadratowej powierzchni, nie biorąc ze sobą telefonu, odłączając się od internetu, odłączając się od wszystkich.
Czasem mam takie wrażenie, że naprawdę nie ufam ludziom. Nie mówię nic o sobie, przemykam ślizgiem przez niewygodne tematy, które mogłyby zdradzić co czuję, chowam się pod zgrabną ripostą.
Bo gdy już się ujawnię pojawia się zbyt często to r. I nie jest to R nie jak rozwiedziona.
I tak naprawdę nic nie ma znaczenia w tym jednym momencie, gdy zabudowuje się ostatni otwór, a ktoś kogo się wpuściło wcześniej do domu, zostaje po drugiej stronie.
Dzisiaj nienawidzę wszystkich, a siebie nade wszystko.
Miałem kiedyś plan oszukać własny strach
Bez okien kupić dom, pod drzwi podstawić stół
Lecz zrozumiałem, że kiedy ściemnia się
To z was wychodzi zło
zgrzyt-w-zawiasach 2009-11-08 16:56:30 skomentuj (2)
bo pod językiem błyszczy mi ostrze, niepotrzebny mi ochroniarz żaden Kevin Costner.
Zawsze trudno przychodzi mi przestawienie się z lata na jesień. Łapię tymczasowe "nieodzywanie się do nikogo","wyłączanie telefonu", "napady spadków nastroju" a dodatkowo też katar.
Gdy taki tydzień(koniecznie październikowy tydzień początku miesiąca, inaczej się nie liczy) już minie, przychodzi mój coroczny złotolistny stan, i w tym roku przyszedł też. Taka swoista mieszanka, jak zwykle.
Dostrzegam większą liczbę zdarzeń, choćby rosnący odsetek obcokrajowców w tramwajach, co nie jest przecież faktem złym, świergolą fajnie po francusku, czy tam koreańsku, uśmiechają się, a i oko cieszą czasem.
Zauważyłam też, że większość "babć" ma bardzo wąskie usta - zawsze zastanawiam się czy od zagryzania warg w wyniku nadmiaru rozczarowań i zawodów, czy może taka tendencja genetyczna.
Wygasiłam już wakacje i wszystko co z nimi związane, nie wiem czy kogoś zraniłam swoim wygaszaniem, ale co poradzę na to, że wysokie temperatury przygrzewają nawet tak zwane "To", które nie jest jednak "Tym".
Zawiodłam się na J., stosunkowo mi bliskiej - okazuje się, że można po roku fajnej znajomości, z dnia na dzień, bez powodu przestać się odzywać i zmieniać zachowanie o 180 stopni. Życie naprawdę lubi niespodzianki, a niektóre Boże żarty są tak śmieszne jak te Strasburgera.
Spędziłam parę deszczowych wieczorów na bezsensownym(jak zawsze) wspominaniu zielonookich obietnic bez pokrycia, skończyło się jak zwykle kwestią "kurwa, bez sensu" i dwoma łzami w kącikach oczu (rety, no to jest przecież jakaś wlekąca się katorga). Jednak tkwi we mnie jakiś taki miły karton ze wspomnieniami tej znajomości, dlatego myślę, że głupio, że tak wyszło, tak bez słowa. Chyba dlatego tak długo o tym od-czasu-do-czasowo myślałam, chyba przez to robiłam z siebie idiotkę, chcąc jakichkolwiek wyjaśnień, właśnie przez to "bez słowa". Ale trudno, już stop.
Przyznałam przed sobą, że tak, owszem, jestem wymagająca, zbyt ironiczna jestem też.
Pierwszego levelu nie kończy praktycznie nikt(co wcale nie budzi we mnie zachwytu).
No, poza Tobą. Ty przechodzisz wielkim susem i jeszcze łapiesz się na bonus.
Pojawiasz się i znikasz, idealnie pamiętam, jak bardzo przypadkowo i jak bardzo znikąd się zjawiłeś. Przewijasz się przez moje życie, choć nie masz z nim kompletnie nic wspólnego. Dwa miesiące Cię nie widzę, po czym nagle dzwonisz. A ja - więcej rozczarowań nie zniesę, dlatego nic sobie nie wyobrażam, bo też nie rozumiem, choć gdzieś w sercu już od dawna wiem, że jesteś idealny. Nie idealny ogólnie, idealny dla mnie.
I w dodatku masz zielone oczy.
I parę lat więcej.
Chyba zapiszę się na hiszpański, żeby kiedyś, tak jak w "Vicky Cristina Barcelona" rzucić wiązanką przekleństw, które brzmią tak jak te wykrzykiwane przez Penelope.
ps: tyle z emocjonalnie październikowo-jesiennych nowości.
a Kevin Costner niepotrzebny, ale trzymamy kciuki za MacGyver'a - ten zawsze się przyda.
zgrzyt-w-zawiasach 2009-10-31 16:56:58 skomentuj (2)
wierzę w setki bzdur, mam skrzydła bez piór.
Aksamitna czerń nocy znów wlewa się moim oknem niczym dobra gorąca zupa, z radia leniwie sączy się muzyka i dociera do moich uszu, kojąc synapsy w całym ciele. Właśnie lecą Skaldowie, wyśpiewując „ktoś mnie pokochał, na dobre i na złe!”.
Jest tak spokojnie i uroczo, że aż niemożliwym wydaje się fakt, że parę godzin temu była tu istna burza z piorunami na froncie ja kontra reszta świata.
Lubię czasem burze, szczególnie jeśli zgram burzę atmosferyczną z burzą własną. Po nich zawsze mogę napawać się nowymi pokładami świeżego powietrza i ładu.
To nic, że tą poburzową harmonię nieco burzą raz – po – razowe wibracje komórki.
Znam nadawcę jeszcze przed kliknięciem żółtej miniaturki koperty na ekranie.
Zaginasz mnie swoją cięta ripostą, zastanawiasz mnie swoimi poglądami, zaskakujesz mnie niezawodnością, zadziwiasz mnie swoją wytrwałością. Nie myślę co to jest, nie myślę jak długo, nie myślę w jakim celu. W ogóle nad tym nie myślę, bo dość już przemyśleń i wszechtowarzyszących mi rozkmin, w każdym bądź razie – dość na dzisiaj. I na jutro. Jest dobrze, tak cholernie po prostu dobrze.
Wysyłam głupie „Dobranoc :*” i z uśmiechem nakrywam się kołdrą.
Dzisiaj jednak ani przez godzinę, ani przez pół przed snem, nie będę się zastanawiać, czemu Cię nie okłamałam, czemu nie powiedziałam nic. Pozwalam rzece płynąć samej i choć to może głupie, to nic, bo wydaje mi się, że warto.
To nic, bo serce mam z zapałek, a w mózgu domek z kart, ja już tak mam, moi mili, ja tak mam.
zgrzyt-w-zawiasach 2009-09-04 01:02:26 skomentuj (3)
Ty.
Berlin.
Wiele ulic, wiele aut, wiele budynków.
Wiele twarzy, wiele ciuchów, wiele śmiechu.
Wiele rozmów, wiele krzyków, wiele szumu.
Wiele godzin, wiele słów, wiele przemyśleń.
Kiedyś myślałam, że ludzie wszędzie są inni. Teraz wiem, że wszędzie są identyczni. Różnice w wyrazach, wymowie, kulturze, intonacji to żadne różnice. Tak naprawdę chyba nie liczy się nic, skoro ludzie zewsząd są tacy sami. Śmieszny jest fakt, że dopiero ostatnio w Berlinie uderzyła mnie ta świadomość, ale drugi fakt wcale nie jest śmieszny, więc równowaga jest zachowana.
Drugi fakt jest taki, że sytuacja niespodziewana gra mi na nosie jak jej pasuje.
Z sytuacjami niespodziewanymi zazwyczaj historia jest taka, że mają definicję podobną do definicji wypadku – nie ma ich dopóki się nie wydarzą
Jak to możliwe, że mimo tylu wrażeń, gdzieś między pomiędzy cykanymi zdjęciami i odbywanymi rozmowami, gdzieś między wypitym piwem, a rozścielaniem łóżka, między śmiechem a mijaniem kolejnych ulic, prześlizguje się ktoś w mózgu jak wąż, albo lepiej – jak upierdliwa gąsienica? Bez względu na okoliczności, na czynności, na myśli towarzyszące, tkwi w tkance nerwowej i ani myśli zniknąć?
Nie wiem, ale bez walki się nie poddam.
Dlatego czasem błogosławię to, że umiem kłamać, bo następnym razem mogę nakłamać Ci prosto w oczy, że nic dla mnie nie znaczysz.
Umiem też biegać, może więc nie będzie następnego razu.
zgrzyt-w-zawiasach 2009-08-24 23:10:35 skomentuj (2)


